Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 678: Zabawa w pochowanego 2 (PLAKAT)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Zobacz recenzję pierwszej części
Wiadomo, że jeżeli coś w Hollywood odniesie choć minimalny sukces, to wkrótce możemy oczekiwać kontynuacji. I że efekty są zazwyczaj mocno średnie. Jeżeli chodzi o „Zabawę w pochowanego”, która okazała się być niebanalnym horrorem z pełnokrwistą bohaterką, miałam małą nadzieję, że skoro na drugą część czekaliśmy aż siedem lat, to twórcy nie pójdą po najmniejszej linii oporu. Niestety, jak się okazało, wybrali standardowe w takich wypadkach rozwiązanie; to samo, tylko „bardziej”.
Film zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończyła się poprzednia część. Grace przetrwała potyczkę z rodziną męża. Nie ma jednak szans na spokój, bo nie dość, że jest aresztowana, to jeszcze zgłaszają się do niej przedstawiciele kolejnych potężnych rodzin, którzy wciągają Grace w następną grę na śmierć i życie. Kobieta nie może odmówić, bo zagrożone jest również życie jej siostry Faith.
Poprzednia część, mimo że była szaloną jazdą, posiadała także swój zestaw reguł, których się trzymała. Tu wydaje się, że takowe nie istnieją. Panuje przez to narracyjny chaos, nie do końca jesteśmy w stanie pojąć, o co toczy się gra i jaka jest stawka. Dużo się dzieje, jest zdecydowanie więcej krwi i przemocy, ale nie ma już tej świeżości jedynki, bo właściwie obserwujemy te same sceny co wcześniej, tylko w większej skali.
Niestety zmarnowano potencjał dobrych aktorów. Samara Weaving nadal bryluje, bo już dawno udowodniła, że nawet w słabszych filmach, jej ekranowa charyzma się broni. Niestety jej przeciwnicy zlewają się w szarą psychopatyczną masę, bo wszyscy bez wyjątku napisani są na jedno kopyto. Szkoda mi zwłaszcza Shawna Hatosy'ego, który na początku zapowiadał się na nietuzinkową postać, a skończył standardowym monologiem złoczyńcy, który można skwitować tylko ziewaniem.
Nie znaczy to, że film jest kompletnie zły. Jako przeciętny horror broni się całkiem dobrze. Kilka razy puls mi skoczył i miałam komu kibicować na ekranie. I gdyby nie część pierwsza, to oceniłabym ten film wyżej. Jednak znając możliwości twórców i potencjał materiału, nie mogę nie odczuwać pewnego rozczarowania. Tak jak do oryginału chętnie wrócę, tak sequel trafi na śmietnisko innych kontynuacji przeznaczonych do szybkiego zapomnienia.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett
Ocena: 5/10